Gimnazjum pod patronatemLinux.pl

Euronet 50/50 max
Oficjalna strona projektu
Nasze planowane działania w projekcie
Logo projektu
Menu
Główna
Dyrektor
Nauczyciele
Historia szkoły
Galeria zdjęć
Prezentacje
Dziennik elektroniczny
Dziennik
Kliknij na link powyżej, aby przejść do strony logowania idziennika
Dodatkowa oferta edukacyjna
Innowacje pedagogiczne
Programy autorskie
Dokumenty szkolne
Dokumenty do pobrania
Reforma 2017
Statut 2017
Szkolny Zestaw Programów Nauczania
WSO 2017
Legendy naszego regionu
Bociania sprawiedliwość
Chłopskie szczęście
Czarcia zapłata
Droga do piekła
Legenda o dzwonie, co miał litościwe serce
Niewdzięczne dziecko
Niezwykła żona
Piekielne polowanie
Skarb
Skrzacie wesele
Srebrne psy
Suknia wodnicy
Trójnożny zając
Zaczarowana studnia
Zaklęte ptaki
Złoto czarnego psa
Statystyki
userów na stronie: 0
gości na stronie: 3
Artykuły > Legendy > Srebrne psy

Srebrne psy

 

Böhnowie ( Boehnowie) należeli do najstarszych rodów szlacheckich Pomorza. Ich nazwisko zapisano w starych  dokumentach już  w XIII wieku. Bywali świadkami  ważnych wydarzeń ,a ich  ród pojawia się na wielu darłowskich i  słupskich starodrukach. Piastowali ważne urzędy na dworach książęcych, bywali posłami i  dowódcami oddziałów wojskowych.

 Ich własne bogactwo także było niemałe - posiadali rozległe majątki w bardzo  wielu miejscowościach. Jedna z gałęzi rodu, za sprawą darowizny  księcia pomorskiego Warcisława IV,  osiadła  w okolicach Kuleszewa i Zagórek. Tutaj zrodziła się  rodowa legenda o srebrnych psach.

 

Działo się to w czasach, gdy na tronie polskim zasiadał król Władysław Łokietek ,  który za wszelką cenę chciał Pomorze połączyć z resztą podległych sobie ziem. Jego częste podróże nad Bałtyk  nie budziły entuzjazmu  dworzan, toteż zdarzało się, że król ruszał  w drogę z nielicznym orszakiem.  Z południa jechał  nad Bałtyk polski król, z racji mizernego wzrostu zwany Łokietkiem. W tym samym czasie z   dalekiej Westfalii  wyruszył na dwór księcia pomorskiego w Wołogoszczy   syn  leciwego rycerza, Zygfryda von Böhne.  Miał na szczecińskim dworze nabrać ogłady i dobrych manier , a później - za księcia pozwoleniem- ruszyć dalej  na służbę do króla polskiego.  Taka była wola   starego ojca, której syn - Martin sprzeciwiać się nie zamierzał. Stary, mocno zubożały rycerz  nie mógł ofiarować synowi wielkiego majątku, bo wiele nieszczęść  dosięgło go w jesieni życia. Wezwał   pewnego dnia syna do siebie i rzekł:

- Wiele ci dać nie mogę… Na stole leży przygotowany dla ciebie  miecz, który niejednego wroga  na tamten świat wysłał. W stajni czeka na ciebie czarny rumak  szybki jak strzała w locie. Dostaniesz także, synu ode mnie list do księcia Warcisława, którego  wiernym sługą byłem przez wiele lat. Proszę w nim, by jak syna cię przyjął i nauk stosownych udzielił. A kiedy uzna , że już rycerskich  talentów dość nabyłeś, wyposaży cię na drogę i na służbę do Najjaśniejszego Pana Króla Polski  pokieruje. Zanim wyjedziesz , synu, jeszcze jeden mam dla ciebie podarek, którego jak oka w głowie, strzec ci nakazuję!

Podniósł się stary rycerz i wolnym krokiem ku  drzwiom ruszył. Minął jedną, drugą komnatę.. Minął jeden i drugi korytarz… Wreszcie otworzył drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Do uszu Martina dobiegł dziwny głos.

- Czyżby ojciec, chciał  mi darować psa? – zdziwił się młodzian  nasłuchując dziwnych dźwięków, które nie mogły być niczym innym, jak tylko skomleniem psów. Rzeczywiście , w dużym pomieszczeniu znajdowały się cztery psy.  Stary rycerz pochylił się nisko i  położył dłoń na łbie  jednego z  nich.

- To jest matka  trzech wspaniałych ogarów, które są szybsze od najszybszego wiatru  i nigdy cię nie  zawiodą w potrzebie. Matka zostanie ze mną, a te trzy, srebrne ogary są twoim, synu bogactwem, a moją nadzieją. Weź je, synu i ze świtaniem ruszaj w drogę!

 Zdziwił się Martin, że taką  dziwną darowiznę od ojca dostaje, ale  pokornie głowę pochylił i ojcu podziękował.  Rankiem, kiedy nad  dworem  zaczęło  przejaśniać się niebo, stary rycerz zobaczył  majaczącą na drodze sylwetkę syna, jadącego na pięknym, czarnym koniu. Obok  jeźdźca biegły   jednym śladem trzy, srebrne ogary.

 Długo czy krótko trwała ta podróż, długo czy krótko  zmierzał w stronę Wołogoszczy młody panicz, dość, że pewnego dnia droga  wiodła przez  stary bór.  Leciwe drzewa  kryły tysiące ptaków, a pod gęstymi  kotarami z liści przemykały jelonki i łanie. Uśmiechał się tylko Martin na widok  zwierzyny .

- Piękne byłoby polowanie w tym borze …- myślał . - .. ale podróżnemu nie czas polować!

Ogary nie znały myśli swojego pana, ale i one chętnie by pognały w las za zwierzyną.  Jechał już Martin bardzo wiele godzin leśnym traktem. Nagle psy  znieruchomiały, podniosły łby i zaczęły niespokojnie skomleć.  Zatrzymał się jeździec na czarnym koniu i  rozglądać się wokół zaczął. Dobiegł go głos rogu, szczekanie psów, ludzkie  pokrzykiwania. Nagle na drodze pojawił się  niewielkiej postury rycerz na siwym wierzchowcu, a przy nim  konnych wielu.  Zatrzymali się  wszyscy i z daleka było widać, że nad czymś gorączkowo radzą. Straszne zamieszanie się na drodze uczyniło, bo w tym momencie  z głębi lasu  wyjechał znamienity rycerz  wielkiego wzrostu .  Na twarzy jego ogromne malowało się niezadowolenie.

Wokół rycerza niespokojnie krążył   mężczyzna  w  szarym płaszczu i głośno lamentował:

- Nie nasza to wina Mości Książę, że zwierzyna się w borze głęboko zaszyła i   twój dostojny gość  panie, nie może ni szaraka ustrzelić… Nie nasza to wina…

 - Przestań  jęczeć, kanclerzu!- żachnął się książę-… lecz radź jak królowi polskiemu przyjemność sprawić! Król Władysław rzadkim jest gościem w naszym księstwie, więc  jego życzeniom musi się stać zadość! Nuże padajcie na kolana króla przepraszać i wracamy do  zamku!

Nagle cała książęca drużyna zsiadła z koni i przed   siwym wierzchowcem  z niskim jeźdźcem na grzbiecie, jak  snopki zboża kładzione  wiatrem,  głowy rycerzy pochylać się poczęły.

- Wybacz Najjaśniejszy Panie, że zwierz umknął z  lasu….

A król popatrzył na klęczących i śmiać się zaczął:

=- Wstawajcie  waszmościowie, bo na was  zapoluję…

Martin osłupiał z wrażenia. Oto w lesie spotkał  dwóch władców, z którymi ojciec polecił mu związać los – księcia Warcisława  i króla Władysława. Przeżegnał się szybko:

- Święta Panienko, miej mnie w swojej opiece i  pomóż ! 

Szarpnął cugle i ruszył przed siebie. Zatrzymał konia przed  władców  sługami  i gromko zawołał;

- Jeśli mi pozwolisz Najjaśniejszy Panie, moje psy  odnajdą dla ciebie w kniei tyle zwierza, ile tylko zapragniesz!

Spojrzał król Władysław na zuchwalca ,  spojrzał na księcia Warcisława i  rozbawiony zapytał:

- A kimże ty jesteś, czarodziejem,  co w pustym borze dzikie zwierzęta zwołuje?

Pokłonił się Martin i rzecze:

- Jam syn rycerza Zygfryda von  Böhna i na dwór księcia  Warcisława do Wołogoszczy zdążam. Pozwól mi Najjaśniejszy Panie  psy puścić w las…

Zbliżył się do młokosa książę  i zaciekawiony  oglądał ogary, które  miały być zaczarowane:

- Jesteś synem Zygfryda?

- Tak  panie, ojciec dał mi list  do Waszej Miłości  i słuchać we wszystkim polecił.

- Na co czekasz, dawaj ten list !

Wyciągnął Martin zza pazuchy ojcowskie  słowa i księciu podał. Cisza zapanowała na drodze, bo  Warcisław IV w skupieniu  czytał. A kiedy skończył ,do Martina podszedł i rzekł:

- No pokaż młodzieńcze, co te twoje zaczarowane psy potrafią!

Ledwo Martin  psom polecenie rzucił, gdy jak burza w las  skoczyły. Nie minęło wiele czasu, gdy ku królowi Władysławowi   jelenia napędziły. Jeszcze król jelenia nie  położył, a już z lasu głośne ujadanie dawało znać myśliwym ,że czas się do strzału szykować.  Martinowe psy tropiły i naganiały  dzikiego zwierza, a książę   radował się ogromnie. Pod wieczór  na wozach leżało już szesnaście łani i dorodny jeleń.  Zadowoleni  myśliwi szykowali się do powrotu. Książę  gestem zaprosił Martina, by zbliżył się.

- Czy zechcesz zostać moim łowczym?- zapytał. -Ojciec twój prosił, bym  cię jak syna traktował, a więc od dziś  przyjmuję cię na służbę!

Pokraśniał Martin z przejęcia:

- Wielki to zaszczyt dla twojego sługi – powiedział. – Rozkazuj panie!

Ruszyli jeźdźcy ku widniejącemu z daleka zamkowi. Służba szykowała wielką ucztę. Wymieniono na niej wszystkich bohaterów  polowania, ale najwięcej pochwał przypadło srebrnym ogarom.

-Zaczarowane psy… - podsumował król.

- Zaczarowane psy – przytaknął książę.

Martin  usadzony między rycerzami  z ciekawością rozglądał się po biesiadnej sali. Nagle wzrok jego zatrzymał się na czarnych, wpatrzonych w siebie oczach.  Piękna dziewczyna wpatrywała się w nowego gościa  z zaciekawieniem. Zauważył jej  zaintrygowanie książę:

- Cóż tam, Zigelindo tak się młodemu  Martinowi przyglądasz, pewnie cię te zaczarowane psy  zainteresowały?

-  Tak ojcze, nigdy takich  ogarów u nas nie widziałam.. – odpowiedziała  zmieszana księżniczka.

- Te ogary , pani, ojciec mój w dalekiej Westfalii wyhodował… –pośpiesznie wyjaśnił Martin i zaczerwienił się po sam czubek czoła.   Spłoniła się także panienka, widać jej właściciel psów nie był obojętny.

 Książę i król pochylili się ku sobie , poszeptali i  podnieśli  zza stołu:

- Pora odpocząć, bo jutro ciężka droga przed nami – powiedział gospodarz i wszyscy  przerywali rozmowy i ku wyjściu się kierowali.

Następnego dnia rankiem  królewski orszak do drogi był gotów. Książę  odprowadzał gościa do księstwa granic, więc od świtu czekał  na znak wyjazdu. Wreszcie orszak ruszył. Kiedy nadszedł wieczór próżno  słudzy wypatrywali władcy. Minął drugi dzień i trzeci…  Książę nie wracał. Czwartego dnia, na spienionym koniu, wpadł na dziedziniec wołogoskiego zamku  rycerz i  słaniając się na nogach wołał, by księżniczka go wysłuchała.

Wypadła Zigelinda na  dziedziniec i  do jeźdźca podbiegła:

- Gdzie ojciec? Gdzie książę Warcisław?-  złapała rycerza za strzemię.

- Twój ojciec, pani, został napadnięty w powrotnej drodze. Wszyscy jego ludzie wybici, a on uprowadzony w niewolę. Mnie też  posiekli mieczami, ale  ocknąłem się drugiego dnia … Koń ogrzewał mnie ciałem , to i przeżyłem…  Wołaj rycerzy, księżniczko i  księcia każ szukać! – rycerz ostatkiem sił prośbę  wypowiedział i ducha wyzionął.

Wezwała księżniczka dwór, wezwała okolicznych rycerzy i  władcę szukać rozkazała. Rozjechali się  w wielkim zmartwieniu, ale gdzie szukać księcia Warcisława nie wiedzieli. Jeden po drugim do zamku wracali, rozkładając bezradnie ręce.  Coraz żałośniej płakała Zigelinda widząc wracających z niczym rycerzy.  Kiedy tak siedziała zapłakana podszedł do niej Martin i powiedział :

- Nie płacz  księżniczko,  moje psy odnajdą księcia!

Księżniczka kiwnęła głową, ale płakać nie przestała. Jak strzała przemknął po zamkowym dziedzińcu czarny jeździec, jak srebrne strzały  ruszyły za nim psy, a za nimi najlepsi druhowie księcia.  Biegły psy bez ustanku, węsząc ślady na ziemi. Krążyły po lesie, kluczyły, wracały,,, Aż wreszcie z głośnym ujadaniem ruszyły  na północ. Nie minął dzień a dopadły kryjówkę książęcych wrogów. Rozgorzała walka na śmierć i życie. Nieulękłe psy szarpały  konie, skakały do gardeł  złoczyńcom. Wielu rycerzy w walce poległo. Martin  nie obronił się przed ciosem i miecz  rozpłatał mu  ramię. W tej samej chwili srebrny ogar rzucił się napastnikowi do gardła.  Padający koń przygniótł  ogara, ale pies  z połamanymi żebrami wyczołgał się spod końskiego ciała i skomlał  czekając na ratunek. Książę był uratowany. Podszedł do zakrwawionego Martina i powiedział:

- Klęknij chłopcze, od dziś jesteś rycerzem księcia pomorskiego Warcisława IV ,a  twoim herbem będą trzy srebrne psy , na czerwonym tak jak twoja krew polu!

Martin  klęknął, ale upływ krwi był tak wielki, że  zaraz po pasowaniu stracił przytomność.  Zaraz zbiegli się książęcy  słudzy i  zaczęli opatrywać rany  Martina i jego pomocników. Ułożyli  młodziana na wozie , a obok niego legły srebrne ogary.  A kiedy orszak dotarł do  Wołogoszczy  nowym rycerzem zajęła się bardzo troskliwie księżniczka Zigelinda.  Rychło też pojął ją  młody rycerz za żonę, a ojciec dał jej w wianie  kuleszewski klucz . Księżniczka urodziła  siedmioro dzieci, które pomnożyły dobra Kuszewskiego klucza rozchodząc się po całym Pomorzu.   I tak  na słupskiej ziemi pojawił się stary pomorski ród Böhnów, który zawdzięcza sławę zaczarowanym, srebrnym ogarom. Co prawda historycy uparcie twierdzą, że książę Warcisław IV  nie miał córki Zigelindy , lecz  trzech synów, ale przecież  w baśni wszystko jest możliwe.     

 

komentarz[0] |

© 2008 GIMS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 
powered by jPORTAL 2 & UserPatch