Gimnazjum pod patronatemLinux.pl

Euronet 50/50 max
Oficjalna strona projektu
Nasze planowane działania w projekcie
Logo projektu
Menu
Główna
Dyrektor
Nauczyciele
Historia szkoły
Galeria zdjęć
Prezentacje
Dziennik elektroniczny
Dziennik
Kliknij na link powyżej, aby przejść do strony logowania idziennika
Dodatkowa oferta edukacyjna
Innowacje pedagogiczne
Programy autorskie
Dokumenty szkolne
Dokumenty do pobrania
Statut
Szkolny Zestaw Programów Nauczania
WSO
Wykaz podręczników na rok szkolny 2016/2017
Legendy naszego regionu
Bociania sprawiedliwość
Chłopskie szczęście
Czarcia zapłata
Droga do piekła
Legenda o dzwonie, co miał litościwe serce
Niewdzięczne dziecko
Niezwykła żona
Piekielne polowanie
Skarb
Skrzacie wesele
Srebrne psy
Suknia wodnicy
Trójnożny zając
Zaczarowana studnia
Zaklęte ptaki
Złoto czarnego psa
Statystyki
userów na stronie: 0
gości na stronie: 2
Artykuły > Legendy > Skrzacie wesele

Skrzacie wesele

 

- Wstawaj Wil! Już późno!….- matka łagodnie szturchnęła śpiącego młodzieńca.

-Wstawaj, słońce wysoko na niebie!

-Już, już …mamo…- Wilhelm usiadł na łóżku i  przeciągnął się.- Wieczorem nie mogłem zasnąć, bo cały czas myślałem tylko o weselu, czy wszystko się uda, czy goście będą zadowoleni, czy  panna młoda będzie pięknie wyglądać?.... Tak mnie te myśli  skołowały, że nawet nie wiem, kiedy wreszcie zasnąłem… Nie gniewaj się, mamo!…

Młody człowiek wyskoczył z łóżka i okręcił matkę dookoła.  Starsza pani roześmiała się i pokiwała głową:

- Oj synku, synku… jakże się na ciebie gniewać, skoro to dziś twój  wielki dzień , po raz pierwszy w życiu będziesz drużbą i to nie byle jakim  drużbą, ale pierwszym drużbą!! To wielki zaszczyt synku, być pierwszym drużbą u  zacnego człowieka! Nie dziwię się wcale, że zasnąć nie mogłeś… A teraz zbieraj się szybko, bo  świnie czekają na jedzenie i  drzewo mi w kuchni potrzebne.

- A jak to będzie, na weselu, mamo?…. – młody człowiek myślami był w zupełnie innym miejscu, niż życzyłaby sobie matka.

- Jakże synku ma być? Pięknie będzie… Panna młoda urodziwa, pan młody także… Cała wieś  do sierakowskiego  kościoła zaproszona, więc będzie pięknie! A teraz uwijaj się szybko, bo droga  z Widzina do Kończewa daleka, a ty i  twój koń nie możecie być zmęczeni na tak ważnej uroczystość!

- Tak, tak … droga daleka i czasu niezbyt wiele…- potwierdził Wilhelm i błyskawicznie  zapomniał o śnie. Matka patrzyła,  jak szybko wynosi  świniom z letniej kuchni  jedzenie, a później  z drewutni dobiegł ją  odgłos  siekiery uderzającej w pieniek.

- Sprytny ten mój chłopak…- pomyślała z dumą. – pracowity i  uczynny. Niby to już dorosły chłop, ale jeszcze dziecko… Cieszy go to wesele, jak dziecko zabawa. 

 Zadumana kobieta zaczęła krzątać się w kuchni . Kiedy odgłos rąbanego drzewa ustał, na stole w kuchni już czekał na Wilhelma kubek  gorącego mleka .W sieni słychać było szuranie, to stary ojciec gospodyni  pomalutku  zmierzał w stronę kuchni. Gospodarza nie było, bo już o świcie  wyprowadził krowy  na pastwisko.  Tym razem samotnie, bo jego syn  tego dnia miał wielkie święto – po raz pierwszy w życiu został drużbą swojego przyjaciela z Kończewa. Matka  naznaczyła nożem na bochnie chleba znak krzyża, a później z wielką czcią odkroiła z niego pierwszą kromkę, która wedle zwyczaju najstarszemu w rodzinie się należała. W skupieniu   domownicy zmówili poranną modlitwę i zasiedli do śniadania.

 Dziadek dobrotliwie poklepał  po Wilhelma plecach i  rzekł:

- Nie trać czasy Wil, bo w dniu wesela różne się dziwy mogą przydarzyć! Lepiej, żebyś już był w drodze. Siwek jest mocnym i rączym koniem, ale licho lubi plany weselnikom pomieszać…

- Jakie licho dziadku? O czym ty mówisz?...

- Jedź, jedź młodzieńcze!… Pamiętam z dawnych lat, że w weselnych dniach zawsze się działy jakieś niezwykłe sprawy przy Głębokim Brodzie  . A ty przecież  nad rzeką Kwaczą będziesz jechał. Niech cię Najświętsza Panienka od złych przygód broni! Jedź już wnuku, jedź…

- Już by ojciec chłopaka nie straszył! Widzi ojciec przecie, że  radość go rozpiera! Nic złego dobremu człowiekowi przy Głębokim Brodzie przydarzyć się nie może! – obruszyła się gospodyni. – Ale ojciec ma rację- jedź synku, bo już czas...

Wilhelm podniósł się zza stołu i szybko wyszedł z kuchni. Za chwilę  paradował w pięknej   białej koszuli i czarnych portkach. Wysokie  buty  były tak wypucowane, że  lśniły   jak szkło. Wil stanął wyelegantowany przed matką, skłonił głowę i poprosił:

- Pobłogosław mnie, mamo, przed drogą!

- Jedź synu w imię boże i  godnie  pełnij nowe obowiązki! – matka  musnęła czuprynę syna dłonią. Młodzian wyprostował się i raźno ruszył do drzwi. Za chwilę słychać było tętent końskich kopyt. To siwek opuszczał  domostwo, niosąc na grzbiecie pierwszego drużbę.

Wil pośpiewywał  wesoło i szybko gnał zakurzoną drogą. Naraz  naszły go myśli o mającym się odbyć za kilka godzin weselu.  Widział siebie w pierwszym wozie pędzącym  przez Kończewo. Sześciu drużbów pokrzykiwało wesoło, drocząc się  z druhnami  siedzącymi w drugim wozie. Za nimi muzykanci prześcigali się w przyśpiewkach, a skrzypeczki   radośnie ogłaszały, że  bryczka z parą młodą  gna do sierakowickiego kościoła, gdzie będzie ślub, będzie ślub, będzie piękny ślub….  Zamyślił się Wil nad  ślubem  przyjaciela , zadumał nad weselem  i  cugle siwkowi popuścił.  Koń , jakby czując jeźdźca rozmarzenie , zwalniał kroku. Nad rzeczkę wjechali cichutko.    Trawa głuszyła końskie kroki, jeździec pogrążony był we własnych myślach.  Oprzytomniał nagle, gdy doszły jego uszu ni to piski, ni to nawoływania, ni to śpiewy.

– Cóż to być może?- pomyślał Wilhelm i pilnie nadstawił ucha. – Dziadek mówił ,że przy Głębokim Brodzie dziwy się dzieją…

Głosy narastały, zdawało się ,że spod ziemi idą… Jeździec przecierał oczy, ale niczego nie mógł dojrzeć bowiem  rzeczny brzeg   otulała gęsta mgła. Przystanął zaciekawiony, bowiem uszu jego doszedł cieniutki głosik:

- Biegnijcie do pana młodego!…. Biegnijcie  do panny młodej!…

- Któż to tak woła? – zdumiał się Wil.  Nagle przez mgłę przedarł się ostry promień słońca i jeździec  szeroko rozwarł gębę ze zdziwienia.  Cała dolina rzeczki Kwaczej  inaczej wyglądała ,niż zazwyczaj. Nad wodą stał bardzo długi, ale niziusieńki stół , a przy nim  setki malusieńkich krzesełek. W miniaturowych miseczkach stało na stole jadło, a w maciupeńkich kubeczkach napoje. Dookoła stołu  kręciły się odświętnie ubrane skrzaty.  Nigdy wcześniej ich Wilhelm nie widział, ale  starzy ludzie w  Widzinie  opowiadali, że droga do Kończewa prowadzi przez skrzacie królestwo.  I oto miał przed sobą mieszkańców tego królestwa. Pięknie odzianych w  zielone kurteczki, brązowe portki i białe koszuleczki.  Skrzacia panna młoda  w pięknej, białej sukieneczce, a  malutki pan młody odziany był w  brązowe portki i białą koszuleczkę.  Dookoła suto zastawionego stołu chodził malutki drużba i zapraszał mieszkańców skrzaciego królestwa do zajęcia miejsc za stołem.

 – Zapraszam do stołu, zapraszam do stołu…- powtarzał   drużba,  zaś  maleńcy goście sadowili się na wyznaczonych im  miejscach.

 – Jakie piękne wesele -  pomyślał Wil i tak się zapatrzył na malutkiego drużbę, że zapomniał o bożym świecie. Stał cicho na skraju  doliny, nie zdradzając swojej obecności. Nagle skrzacik znalazł się tuż  przed kopytami siwka i cieniutkim  głosikiem zawołał:

 - Zapraszam wszystkich do stołu!!!  Wilhelm  tak był zachwycony miniaturowym weselem , że  odruchowo zapytał:

- Czy jeździec z koniem także jest zaproszony!

Na  łące zrobiło się wielkie zamieszanie i krzyk, ale nim się Wilhelm zorientował , skrzaty zniknęły. Nad rzeką nie było już ani  niziutkiego stołu, ani maleńkich krzesełek, na których siedzieli weselni goście. Wibrującą ciszę przecinało tylko parskanie nudzącego się konia.

Nie wiedział jeździec ,czy wesele naprawdę  zobaczył, czy tylko mgła zesłała mu weselny miraż.  A może prawdę mówił dziadek, że podczas weselnych dni nad rzeczką dzieją się dziwy?!   

 

komentarz[0] |

© 2008 GIMS. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 
powered by jPORTAL 2 & UserPatch